Gorąco, bardzo gorąco ... ale i tak pojechałem.
Gorąco ale to nic. Trzeba „twardym być” jak to ktoś powiedział
Zaplanowałem (jak to zwykle
bywa, kilka minut przed wyjazdem) po prostu krótszą trasę i w dużym kompleksie leśnym. Spakowałem
więc rowerek i jazda do Krynicy, a dokładnie do Czarnego Potoku, pod dolną stację kolejki na
Jaworzynę Krynicką. Za parking oczywiście
rzeźbią jak to bywa w bardzo popularnych miejscach. Żydostwo normalnie 
Start ok. 12.20 drogą do schroniska doliną Czarnego Potoku obok ujęcia wody . Dobrze wybrałem, bo droga prawie cały czas zalesiona i upał nie daje się we znaki, ale nie jest też idealnie, dlatego zapasy płynów znikają ekspresowo. Sam podjazd bez żadnych atrakcji, więc dość „szybko” podjeżdża się do schroniska. Mnie zajęło to 50 minut. Nie rewelacja, ale warunki ciężkie. Stamtąd kawałeczek zielonym szlakiem pod górę, który łączy się z czerwonym w kierunku Jaworzyny i po godzinie jestem na szczycie. Ludzi niezbyt dużo, z budynku górnej stacji kolejki też się nie wysypuj tłumnie, ale nie ma się co dziwić, duży upał. Dobrze, bo szczyt nie wygląda jak krynicki deptak. Nie wyobrażam sobie jak ludzie potrafią stać w kolejce żeby wyjść na Giewont. Dla mnie nonsens. Na szczycie zasłużony odpoczynek – 40 minut w cieniu i przy wiejącym słabym wietrzyku, spoglądając w mknące po niebie nieliczne chmurki i rozmyślając ...
Można by tak sobie leżeć bez końca, ale czas ucieka i trzeba wracać. Wybrałem drogę na skróty ;)
To oczywiście żart, przy okazji bardzo przeze mnie lubianego prawa Murphy'ego - „skrót, to
najdłuższa droga łącząca dwa punkty”. Czyli nie była to najkrótsza, ale najdłuższa droga mogąca
doprowadzić mnie do punktu startu, ale za to prawie cały czas spokojnie w dól z nielicznymi
krótkimi podjazdami. Oczywiście nie wchodzą tu w rachubę opcje z przejazdem drogami przeznaczonymi
do ruchu samochodowego. Pojechałem więc sobie czerwonym szlakiem w kierunku Runka, ale do niego
niedocierając, gdyż przed nim odbiłem na niebieski szlak na Bukowinki, i dalej wraz z żółtym
szlakiem, cały czas grzbietem nad trasami narciarskimi w Słotwinach do Przełęczy Krzyżowej. Stąd
już ostry zjazd (spokojnie można „fikołka” wywinąć) zielonym szlakiem pod dolną stację kolejki, pod
którą ostro wyhamowałem (szkoda opon kurcze
około godz. 15. Tutaj znikają ostatnie zapasy z 3
litrów zabranych napojów (3x Powerade i 1,5 litra wody mineralnej). No i powrót do domu łamiąc po
drodze wszelki ograniczenia prędkości. Oj, jak mnie kiedyś złapią to zapłacę 
Po powrocie szybko wanna, obiadek i drzemka z Myslovitz w tle. A gdzie następnym razem? Może gdzieś na zachód, Pasmo Babiej Góry, albo ...
Poniżej tradycyjnie mapka z przebiegiem trasy.
A przy okazji, będąc na szczycie Jaworzyny odwiedziłem miejsce startu kuligu i zjazdu na sankach
z Jaworzyny 14 stycznia tego roku, przy okazji organizowanego przez firmę Fakro II Ogólnopolskiego
Forum Budowlanego. No niezła frajda. Trzeba było nawet podpisać zobowiązanie, że zostało się
poinformowanym o wszystkich niebezpieczeństwach i nie będzie się rościć żadnych żądań od
organizatora na wypadek uszkodzeń ciała. No ale zabezpieczenie też jest niezłe: kask, gogle,
ochraniacze na nogi i przede wszystkim ostrogi do hamowania, Niezbędne, gdyż zjazd jest czasami
ostry i może się okazać, ze sanki potrafią latać nie posiadając skrzydeł i to z pasażerem
Łączna
długość trasy to 10 km, a różnica poziomów ok. 600 m, więc pozwala troszkę poszaleć i przypomnieć
sobie czasy dzieciństwa. Jak tylko będę miał kiedyś okazję jeszcze raz zjechać, to bez
zastanowienia a i innym polecam. Poniżej kilku fotek z trasy zjazdu (oczywiście na z djęciach mnie
nie ma), a jak znajdę filmik, bo gdzieś mi się zawieruszył, to wrzucę gdzieś i podlinkuję 





Kategoria:














Bliskie sercu
Śledzone blogi












