Złośliwość rzeczy martwych
Jeszcze nigdy maszyna nie doprowadziła mnie do takiej furii. I to „moja” maszyna, na której pracuję w firmie, przy takiej wydawałoby się prostej czynności jak instalacja Windowsa XP. Czynność, którą człowiek wykonywał już nie wiadomo ile razy i podszedł do niej jako do czegoś nudnego i nieciekawego, a tak potrafiła dać w kość. Wszystko rozbijało się o ciągłe wywalanie się instalatora z komunikatem o błędzie przy kopiowaniu pliku setupdd.sys. Z wygrzebanych w sieci informacji, wynikało, że jest problem z którymś urządzeniem. No to zaczęło się podmienianie części z mojego kompa włącznie z zasilaczem. I nic. Ustawienie BIOS-u na tryb awaryjny też nic nie dały. Inny nośnik z systemem też. Po prostu trzepała mnie już kurwica. Wszystko wskazywano na uszkodzenie płyty głównej, co było prawdopodobne, gdyż miała ona już wpadkę i była naprawiana (kondensatory). Zresztą od początku nie darzyłem jej sympatią. Zawsze ECS źle mi się kojarzył. No ale wtedy to nie ja decydowałem o zakupie.
No i siedziałem nad tym głupim pudłem w sobotę wieczorem i całą niedzielę. No to wziąłem go w poniedziałek rano do firmy, z zamiarem późniejszego dostarczenie na serwis, bo ja już do niego nie miałem nerwów. Ale tak jeszcze sobie raz spróbowałem podejść do niego. Wziąłem inny nośnik z Windowsem i nagle cud. Poszło. I niech mi ktoś powie co tu jest grane? Czy to wina nośnika z systemem (zaznaczam, ze w domu korzystałem z innego), czy w domu jakiś „zły” prąd mam czy jakieś dziwne „promieniowanie” niewiadomego pochodzenia. A przecież z własnym kompem nie mam takich problemów. Ciekawe. Może po prostu maszyny też żyją i mają gorsze dni?
Ale ja jednak dalej jestem przekonany, że to pudło jest trefne.

Chociaż o 















Bliskie sercu
Śledzone blogi















