Nieszczęścia chodzą stadami
Ech, to były porąbane 3 dni. Same nieszczęścia mnie dopadły. Tutaj sprawdza się powiedzenie, że nieszczęścia nie chodzą parami, ale stadami. W sobotę padł mi wieczorem router i zostałem bez netu. W niedzielę chciałem zakupić, ale jedynym miejscem, gdzie można to było zrobić był VOBIS. Cholera, nienawidzę tam robić zakupów, bo straszne gogusie tam pracują. No i oczywiście nie mieli nic, co mi odpowiadałoby. Same jakieś sprzęty z access pointami i innymi bajerami, które mi na grzyba potrzebne. A ja potrzebowałem zwykły router. No to się musiałem obejść bez sieci
Dopiero wczoraj zakupiłem coś normalnego i mogłem się pocieszyć powrotem do sieci.
W niedzielę pod wieczór następny pech. Najechałem sobie fotelem na pendriva i przy okazji zrobiło się zwarcie, komp się wyłączył i poczułem smrodek. Ciekawe skąd? Tylko nie płyta pomyślałem sobie. No nic, odpaliłem kompa i poszedł. Uff, poczułem ulgę. Ale 1 GB pendrive nadawał się na szmelc. Musiałem sobie zakupić nowy, ale zainwestowałem już 2 GB. A po oględzinach i obwąchaniu kompa, okazało się, że dymek poszedł z elektroniki w panelu USB z przodu obudowy. No nic, 2 porty USB poszły się paść. Chyba, że da się to jakoś wymienić. Jeszcze nie grzebałem w tym temacie. A to z powodu innej wpadki. Wczoraj tak po prostu Mandriva przy zamykaniu się wysypała. Ot tak. Kupa błędów się pojawiła i potem już nie ruszyła. Powywalała kupę błędów na partycji root i naprawianie błędów nic nie dało. No to masz. Trzeba ją było od nowa zainstalować. Coraz bardziej mnie ona wkurza. Ale na razie wszystko OK. Cholera, mam nadzieję, że dzisiaj się już nic nie stanie. A może dla bezpieczeństwa nie włączać kompa? 
Kategoria:
















Bliskie sercu
Śledzone blogi











