Sezon rowerowy czas zacząć
Zgodnie z planami rozpocząłem dzisiaj swój sezon rowerowy. Wszystkie zaległe i zaplanowane sprawy udało się załatwić, więc teraz jestem wolny jak dzika świnia, więc czas na wyżycie się. Pogoda dzisiaj cudowna, więc bez wcześniejszych treningów i nie znając stanu swojej kondycji i możliwości uderzyłem na Przehybę, ale oczywiście najłatwiejszym wariantem, czyli asfalcikiem z Gabonia.
Start z parkingu o 12.50. Widać, że nie tylko ja stwierdziłem, że szkoda marnować takiej pogody, bo ludzi było nawet sporo. Od razu narzuciłem sobie niezłe tempo i okazało się to dość fatalne w skutkach, bo tak w ¼ drogi musiałem się na chwilę zatrzymać. No i wtedy nastąpiło małe uderzenie. Czułem, że organizm chce powoli odpłynąć, bo tak mi coś pociemniało w oczkach i słuch zanikał. Ale jakoś obeszło się bez omdlenia. Jeszcze chwileczkę odpocząłem i dalej w trasę już bez przesady z tempem. W połowie trasy pod dolną stacją starego wyciągu (nieczynnego już) jak zwykle chwila odpoczynku. Trzeba złapać oddech przed drugim, bardziej męczącym odcinkiem trasy. Tutaj też tak na odległość 100 m zbliżyłem się do innego rowerzysty. Widać nie jest tak źle ze mną, jak nawet nie zauważyłem go jak wjeżdżał z parkingu a kilka minut na nim spędziłem. Oczywiście w czasie mojego odpoczynku trochę sie oddalił, ale dość sprawnie udało mi się go dogonić. Zresztą gość miał strasznie eksploatujący styl jazdy i stwierdziłem, że wcześniej czy później go połknę. Nie zamierzałem się ścigać i dalej jechałem swoim tempem. Widać, że gościowi wjechałem na ambicje, bo co jakiś czas odwracał się aby sprawdzić odległość, ale ja trzymałem się dobrze. Moje przewidywania się sprawdziły. W okolicach kamienia św. Kingi gość pękł i musiał się poddać, a ja dalej swoim tempem pod górkę, mając jeszcze zapas sił na ostatnie podjazdy. Pod samym szczytem na północnych stokach zalegało jeszcze sporo śniegu, ale to nie dziwne. Zniknie gdzieś z początkiem maja. O 13.50 wjechałem pod schronisko na Przehybie. Czas przejazdu 1 h, czyli biorąc pod uwagę fakt, że to w ogóle pierwsza trasa w tym sezonie, jest nieźle, przy standardowych 50-55 minutach. Pod schroniskiem sporo ludzi. No i oczywiście nie obejdzie się od wyjących krosowców, ale cóż poradzisz, taki to wredny typ. Powietrze dzisiaj czyściutkie i wspaniały widok na ośnieżone Tatry. Z tarasu schroniska wprost rewelacyjny. Szkoda, ze dzisiaj nie wziąłem aparatu, ale to dopiero przy następnych trasach w maju, jak zacznę je trochę lepiej dokumentować. Trzeba było też trochę odpocząć, więc walnąłem się na ławeczkę i przeleżałem w słoneczku z 30 minut. I nagle tak jakoś pusto się zrobiło, więc stwierdziłem, że co będę tak sam siedział i pojechałem z powrotem w dół. Zjazd super, tylko szkoda, że rękawiczek nie wziąłem, bo przy dużej prędkości jednak w łapki jeszcze zimno.
A standardowo poniżej mapka trasy + dodatkowo nowość, a mianowicie widok z lotu ptaka. Oczywiście na podstawie Wrót Małopolski 

Kategoria:

A rzucenie fajek jest w tej chwili u mnie na topie
Aa, będę nieskromny i dodam że zaczął warunkiem a skończył wyróżnieniem na dyplomie 












Bliskie sercu
Śledzone blogi












Piątek, 27 kwietnia 2007 o 12:09
A jak tam pupa na otwarcie sezonu, nie bolała?
Florek, zdecydowanie trzeba rzucić papierosy to się nie będziesz zastanawiał czy omdlejesz czy nie….
Pozdrawiam
Piotrek