Hala Łabowska
Pogoda wczoraj nie zapowiadała się zbyt dobrze. Rano nawet padało i wyjazd na 2 kółka stał pod znakiem zapytania. Co za perfidia, ze cały tydzień jest pogoda ekstra, a akurat na niedzielę się spieprzy. I tylko na niedzielę, bo dzisiaj znowu jest ładnie. Ale tak do południa pogoda w miarę się ustabilizowała, nie padało, choć paskudne chmurzyska wisiały. Nie zastanawiałem się długo i postanowiłem jechać.
W tamtym tygodniu trening w Pasmie Radziejowej a w tym w Pasmie Jaworzyny Krynickiej, czyli standardowy wyjazd na Halę Łabowską. Z miejscowości Składziste zielonym szlakiem rowerowym . Start o 13.10 Początkowo około 2-3 km drogą asfaltową o niewielkim nachyleniu. Można się wczuć powoli w jazdę. Potem jednak następuje nagły zwrot i z doliny droga przenosi się na stok, co oczywiście wiąże się ze wzrostem nachylenia.Ale dalej jeszcze asfaltem około 1 km, aż do połączenia z drogą do Barnowca. I tutaj ze względu na siedzącą nad całym pasmem chmurę wjeżdżam w coraz gęstszą mgłę. Teraz już cały czas ostro pod górę drogą gruntową. Droga w miarę sucha i nie ma błota, ale mgła coraz gęstsza. Miejscami widoczność tak na 20 m. Po około 2 km chwila odpoczynku, gdyż droga prowadzi w dół na długości około 1km, aż do połączenia z drogą z Feleczyna. Mało co nie zostałem stratowany przez stado saren, które akurat przebiegały drogę. Dalej następuje ostatni podjazd na Halę Łabowską i jestem pod schroniskiem o 14.10, po 60 minutach od startu. Nie jest źle. A na górze sporo turystów i rowerzystów.. No ale przecież nie ma się co dziwić, zaczął się najdłuższy weekend w nowożytnej Europy Ale widoki oczywiście żadne, bo siedzę sobie w chmurce i się bujam
Pod schroniskiem odpoczywam sobie 20 minut. Czas na regenerację sił i spożycie czekoladki. Cholera, połowę to mi zjadł pies. To znaczy nie sam, bo ja go częstowałem. Niby pod schroniskiem miał miskę z jakimś psim żarciem, ale przyplątał się do mnie bo widocznie to jego żarcie było podłe, więc wolał zjeść czekoladę ze mną. No i nie mogłem odmówić, bo wzrok miał błagalny. A do tego był to ładny Husky i biedny inwalida po wypadku (kulał na tylną prawą łapę, podobno wpadł pod samochód) więc tym bardziej należało mu się. No to zjedliśmy sobie razem czekoladkę
0 14.30 wyruszam z powrotem, ale troszkę inną drogą, prowadzącą do Feleczyna. Tutaj po pokonaniu serpentynki szybciutko zaczyna się asfalt i można trochę rozwinąć prędkość, chociaż bez przesady, bo strasznie zimno, Błąd jaki zrobiłem, to znowu nie zabrałem rękawiczek i ręce totalnie mi zmarzły. Oczywiście nie zjeżdżam do Feleczyna, lecz odbijam na drogę stokową, zęby przebić się z powrotem do Składzistego. Droga bardzo fajna, prawie cały czas płasko. Tylko długa z niezłymi zawijasami. Po kilku kilometrach dołącza ona do drogi którą podjeżdżałem, około 1km od miejsca startu. No to jeszcze pozostaje pokonać ten kawałeczek i o 15.00 koniec. Tyle na dzisiaj. I tak świetnie, że dało się zrobić chociaż tyle prz niezbyt sprzyjających warunkach.
Poniżej jak zwykle mapka z trasy i widok z lotu ptaka. Dorzucę jeszcze przekrój trasy ale to dopiero wieczorem chyba.
Widok z lotu ptaka full wymiar 3000x6128 pikseli wykonany oczywiście na podstawie Wrót Małopolski 


Kategoria:















Bliskie sercu
Śledzone blogi











