:(
Wczoraj był znowu dzień, w którym pękło niebo 
Hmm, coś powoli zasadą staje się, ze wpisy pojawiają się z tygodniowym opóźnieniem :( Znowu będzie nieświeży
wpis, który zasadniczo powinien znaleźć się tutaj w tamtym tygodniu. Pod koniec mają znowu zajrzałem do ogrodu, żeby podejrzeć cóż to za kwiaty pojawiają się w tym okresie. Szkoda tylko, że spóźniłem się
na konwalie, które bardzo lubię, a i bez uchwyciłem w ostatnim momencie. Za to mamy w pełnej krasie irysy i piwonie, a z pozostałymi znowu mam problem i będę musiał prosić o pomoc w ich zidentyfikowaniu
A przy okazji dorzuciłem też popularne bratki, bo akurat było kilka kolorów do dyspozycji. Cóż, pewnie niektóre kwiaty z fotek już przekwitły, ale to nic, przynajmniej tutaj ślad po nich zostanie 
Ten weekend bardzo ciekawie spędziłem sobie w Zakopanem. Tak się złożyło że jakiś czas temu kumpel zadzwonił, że szykuje się taki wyjazd i ma też być stara paczka ludzi, więc z małymi - jak to u mnie - oporami, ale pojechałem. Oczywiście program pobytu był bardziej towarzysko-rozrywkowy niż turystyczny, ale i tak udało się co nieco posmakować Tatr i na tym się głównie skupię. A szczegóły poniżej.
Korzystając z długiego weekendu i 4 dni wolnego udało mi się troszkę wyluzować, odpocząć i przestać myśleć o codziennych sprawach. Dzięki temu mogłem zobaczyć otaczający świat, a zwłaszcza uroki wiosny i mnogość kwiatów w ogródku mamy: tulipany, stokrotki, pierwiosnki, narcyzy, niezapominajki, barwinki, pełniki i inne, w tym pospolite mniszki czy kwiaty jabłoni. Oczywiście nie omieszkałem ich utrwalić, czego efekty można podziwiać poniżej. Oczywiście to tylko chwilowa zawartość ogródka z początku maja, bo tam naprawdę wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Pewnie już za tydzień lub dwa niektóre kwiaty znikną a pojawią się nowe, tak jak to miało miejsce z przebiśniegami, krokusami i żonkilami, o których już dawno słuch zaginął, a w kolejce do pokazania swojego piękna czekają już w kolejce czekają bzy, konwalie i piwonie. Ale najciekawsze jest to, że właścicielka nie znała nawet nazw wszystkich kwiatów które rosną jej w ogródku. Zasięgnięcie rady u wujaszka trochę pomogło, ale i tak nie wszystkie kwiaty zostały rozszyfrowane - pozostały 3. Jakby ktoś wiedział co to za kwiaty ze znakami zapytania zamiast nazwy to proszę o cynk 
Ostatni w firmie doszło do małego starcia między jednym handlowcem a magazynierem. Handlowiec zwrócił się do tegoż magazyniera, żeby przygotował jakiś tam towar do wywozu do klienta, a ten jako ze zajęty akurat czymś innym bardzo się wzburzył i dodał że nie ma na plecach napisane „koń” żeby musiał tak zapieprzać
Taka reakcja wzburzyła z kolei handlowca i postanowił się odegrać. No ale do tego potrzebny mu byłem ja, gdyż wiedział, że robię sobie naprasowanki na t-shirtach, więc zwrócił się do mnie, żebym właśnie wykonał koszulkę z już nie z napisem „koń” na plecach ale z dużym końskim łbem, żeby magazynier już nie miał tej samej wymówki. No to wykonałem takową, ale napięcie między obydwoma osobnikami już chyba zmalało, bo obdarowany był nawet bardzo zadowolony z takiego prezent, bo przecież koszulka oryginalna i drugiej takiej nie ma 
Kolega z pracy obchodzi dzisiaj imieniny i jak to zawsze bywa przy takich okazjach jest problem z pomysłem na jakiś drobny, ale jajcarski (i tu można powiedzieć ma to znaczenie dosłowne) prezent. Ale ponieważ nasz Prezes to niezły żartowniś, to wpadł na jajcarski pomysł. Kolega już dość długo zmaga się z przeziębieniem, ciągle kasła i głos ma raczej znacznie niższy niż normalnie (czyli pospolita chrypka), dostał prezent w postaci zestawu leczniczego na ww. dolegliwości, czyli flaszkę (jak to facetowi przy okazji urodzin / imienin) i … kopę jaj kurzych (jakby ktoś nie wiedział, to 60 szt.), żeby sobie kogel-mogel mógł robić na poprawę głosu :D Cholera, zapomnieliśmy dodać jeszcze parę kilo cukru, bo miałby już komplet 
Nowy Sącz pozazdrościł chyba symbolu Brukseli i na wzór tamtejszego Manneken pis, miejscowe władze postawiły pod ruinami Zamku Królewskiego, a dokładnie Basztą Kowalską rzeźbę z brązu ... sikającego rycerza. Wywołała ona oczywiście skrajne reakcje, od śmiechu z idiotycznego pomysłu władz po skrajne oburzenie bardziej purytańskich mieszkańców. W każdym razie jest to teraz temat nr 1 w mieście i okazja do żartów z władz, oraz wymyślania propozycji następnych rzeźb do podsunięcia władzom. Ja osobiście jestem za tym, aby na Rynku postawić rzeźbę postaci na muszli klozetowej oddającej stolec. Żeby nie doszło do profanacji, to oczywiście z drugiej strony Ratusza, żeby nie kłóciło się to już z istniejącym pomnikiem Korala Wojtyły (tak się u nas mówi na ten pomnik Jana Pawła II, ze względu na fakt, iż jego fundatorem jest właściciel słynnej wytwórni lodów Koral) i fontanną grającą "Barkę". A postać siedząca na muszli powinna wzorować się na ... Tu już mieszkańcy Nowego Sącza wiedzą kogo mam na myśli 
Ostatni wpis to był oczywiście primaaprilisowy żart, ale u niektórych wywołał niepewność
Teraz też coś ubogo we wpisy, bo mam dość gorący okres związany z targami, ale muszę koniecznie wspomnieć o niesamowitym prezencie jaki otrzymałem. Jest to po prostu plastelinowy ludek (plastelinek?). Prosty, mały a jak cieszy, bo ktoś bliski poświęcił czas, żeby go wykonać. Najcudowniejszy prezent jaki dostałem. Fotka poniżej.
I teraz pytanie do odwiedzających. Kogo przedstawia plastelinowy ludek? 
Klika wpisów wstecz padły prorocze słowa, że nic nie trwa wiecznie i czasem nawet wydawałoby się wspaniałe rzeczy potrafią się znudzić i umrzeć. No jak w życiu, wszystko ma swój początek i koniec. Dzisiaj właśnie uzmysłowiłem sobie, że chyba nadszedł czas na zamknięcie rozdziału pt. „blog”. Nie ma już energii, entuzjazmu i natchnienia na dalsze ciągnięcie tego tematu. Tak patrząc wstecz i na tytuł tego bloga odnoszę wrażenie, że przewrotnie nazwany „bełkotem popaprańca” - o ironio - jest niczym innym jak dosłowny odzwierciedleniem tego tytułu – stekiem bezsensownych bredni niewartych funta kłaków wylewanych w sieć przez ograniczonego intelektualnie osobnika. Ja przynajmniej mam takie wrażenie. A może po prostu związany on był z pewnym etapem w życiu, otwarciem siebie i powstał na jego fali. Teraz wszystko wygląda inaczej i po prostu to miejsce traci sens. Może brak muzy? Sam nie wiem. W każdym razie w tej chwili blog zostaje jeśli nie zamknięty, to na pewno zawieszony na czas bliżej niedookreślony. Czy kiedykolwiek powróci? Nie mam pojęcie, a nawet jeśli tak, to na pewno w innej formie. Treść która jest jakiś czas zostaje,a co potem to się zobaczy.
Dziękuję wszystkim odwiedzającym, a zwłaszcza komentującym za tworzenie tego mojego skrawka sieci. Właśnie te komentarze były najbardziej wartościowym elementem tego miejsca. Pewnie jeszcze się spotkamy w sieci i ja będę miał okazję coś skomentować u was, co nie raz mi się zdarzało i pewnie się zdarzy.
EOT
Jak obiecałem, dzisiaj będzie o strusiej pisance, wykonanej podobnie do tej z poprzedniego roku. Oczywiście całe przedsięwzięcie trzeba zacząć od zdobycia wydmuszek ze strusich jaj. Teraz sprawa już była prosta, bo z poprzedniego roku wiedziałem już o oddalonej ode mnie o ok. 25 km. strusiej farmie "Eko-Struś", prowadzonej przez Państwa Jadwigę i Marka Krok w Białej Niżnej koło Grybowa. Skorupy ze strusich jaj czy strusie pióra to i tak tylko produkty uboczne działalności fermy, nastawionej przede wszystkim na produkcję wędlin ze strusiego mięsa, bardzo smacznego i zdrowego. Skorup oczywiście musiałem zakupić więcej, gdyż wcześniej zrobiłem wywiad wśród znajomych odnośnie zapotrzebowania na nie i chęć zakupu wyraziły też 4 osoby, więc zakupiłem razem 5 skorup, po 25 złotych za sztukę.
Uff, jeszcze kilka dni i minąłby prawie cały miesiąc od ostatniego wpisu. Ale jakoś tak czas biegnie szybko, pracy dużo, czasu mało, a i tematów czasami brak. Ale pora teraz nadrobić zaległości. Najpierw wpis, który powinien ukazać się już tydzień temu, bo dotyczy niedzieli palmowej. Jak już wspominałem w tamtym roku, mojemu ojcu odbija palma, tzn. ma palmę na punkcie palmy wielkanocnej
Od lat wraz ze swoim bratem (dla mnie wujek jakby ktoś nie wiedział
) robią 2 najwyższe w Nowym Sączu i okolicach palmy wielkanocne. Obydwie są dość spore, bo mają po 17,5 m, ale niestety w miejscowej bazylice wyższe się nie zmieszczą, a jest zasada, że przez cały okres wielkanocny w nim przebywają. Chyba trzeba będzie coś zrobić, żeby podnieść sklepienie w kościele. Bo nieco wyższą dałoby się zrobić, ale przy jej postawieniu mógłby być już problem. W Lipnicy Murowanej rekordzistka miała w tym roku aż 33,39 m, jednak do je podnoszenia używane są linki, żerdzie itp. (nie wolno korzystać z dźwigów, podnośników i innych urządzeń, tylko przy użyciu siły mięśni), a u nas jest zasada, że trzeba ją też postawić tylko przy użyciu rąk, jednak bez wszelakiego „przedłużaczy”, po prostu gołymi rękami.
Dawno nie było nic o Julku, więc nadrabiam zaległości i wrzucam 2 dość świeże i świetne fotki. Jedna z leżenia na brzuszku i już na prawdę rewelacyjnego podnoszenia główki, a druga z przymiarki do wózka spacerowego (stąd to jego zdziwienie i wielkie oczy
). Zresztą w międzyczasie jeden taki spacer już się odbył przy dobrej pogodzie 
Przepraszam bardzo, ale czy mamy już2008 rok? Jakoś tak ostatnio zagubiłem się w czasie a i przestrzeni też. Ale po 3 dniach szaleństw chrzcinowo – stylwestrowo - noworocznych musiałem dojść do siebie, w czym na pewno pomogły znowu 3 dni zapieprzania w pracy przy przygotowaniach do – kolejnej imprezy. Jeszcze o poprzednich dobrze nie zapomniałem, a tu już następna się szykuje, no ale to już służbowa :) Zresztą chyba jeszcze trzeźwy do końca nie byłem i tak zakręcony, że niewiele brakło, a dyplomy do oprawy poszłyby bez podpisów Zarządu
Ha, ciekawe czy nie pomyliłem się przy wpisywaniu danych, choć przezornie sprawdzałem 3 razy (tak jak znajoma w aptece przy wydawaniu leków), bo to dopiero będzie cyrk jak zjadłem komuś literkę w nazwisku czy nazwie (co mi się dość często zdarza) 
Wczoraj odbyły się wreszcie długo oczekiwany chrzciny mojego najmłodszego bratanka - Juliana (bo jakby byłą dziewczynka, to miała być na 100% Julia) Franciszka (to po dziadku chyba). Oczywiście ja byłem chrzestnym, bo to zaraz po narodzinach zostało zaklepane. Zresztą ja z Julkiem nieźle się już znamy i komunikujemy za pomocą języków, który chyba obaj namiętnie lubimy wywalać. Niektórzy się śmieją, że po mnie to ma, a ja nie wiem jakim cudem
W każdym razie dzieciak był grzeczny i nie sprawiał jakichkolwiek kłopotów. Dopiero pod wieczór jak zwykle zrobił się marudny, ale to już tak ma
No a ja sprawiłem mu m.in. prezencik w postaci srebrnej łyżeczki z wygrawerowaną godziną i datą urodzenia oraz wagą i wzrostem po urodzeniu. Niby ostatnio bardzo modne, ale ja szczerze przyznam, że chciałbym mieć taką pamiątkę teraz, ale niestety nie mam 
No to mieliśmy wczoraj w Nowym Sączu darmowy pokaz ;) sztucznych ogni i to jeszcze dzień przed Sylwestrem. Że ja o tym nie wiedziałem, bo z chęcią popatrzyłbym na żywo 
Jak już wspominałem kilka wpisów niżej opisując projekt naszej firmowej kartki, na Boże Narodzenie wysyłamy do naszych kontrahentów i zaprzyjaźnionych firm, instytucji, pracowników obecnych i byłych itp. itd. kartki z życzeniami świątecznymi i noworocznymi. Oczywiście my też otrzymujemy ogromną liczbę kartek od pamiętających o nas. Tradycją u nas jest, że wszystkie kartki są wystawione w widocznym miejscu, aby cieszyć nas swoim widokiem przez cały okres bożonarodzeniowy.
Jak wspominałem wcześniej, teraz czas na kilka słów o wykonaniu szopki z poprzedniego wpisu. Cała koncepcja rodziła się dość długo i w pełni wyklarowała się gdzieś koło połowy miesiąca, a realizacja ruszyła w sobotę 15 grudnia i trwała w wolnych chwilach wieczorami, aż do soboty 22 grudnia. Można powiedzieć, że jakieś doświadczenie już miałem z zeszłorocznej kartki czy wielkanocnej strusiej pisanki jak i przygody z modelarstwem w młodości.
Oj, coś ostatnio zaniedbałem wpisy tutaj. Nie, nie, to wcale nie prawda. Po postu zajmowałem się czym innym, czego efekty można teraz zobaczyć. Od poprzedniej soboty mianowicie w nielicznych chwilach wolnego czasu robiłem szopkę, taką moją autorską :) Z racji napiętego okresu przedświątecznego i już totalnego braku czasu nie opiszę w tej chili z czego i jak jest wykonana, ale przy najbliższej nadarzającej się okazji postaram się to zrobić, bo i chyba warto opisać. Niby może nic szczególnego ale dla mnie i nie tylko cudeńko 
Na około czuć i widać, że idą święta, bo trwa szał zakupów i gdziekolwiek się nie wybierzesz to dzikie tłumy. Ludzie chyba zwariowali już totalnie w od tego konsumowania. Słuchając radia też świra można dostać, bo co krok to jakiś taki świąteczny kawałek typu "Last Christmas" Wham (ach ten śliczniutki, młody George Michael
), "Biały śnieg i Ty" (to ten z "bieli anieli" w refrenie) Rubika i przyjaciół (albo już i nie) albo jeszcze coś innego i to czym bliżej świąt powtarzane z coraz większą częstotliwością. Można oszaleć. Ja znowu mam ochotę cegłą w radio rzucać jak tylko coś takiego słyszę. Jak dla mnie jedynym plusem tego okresu to ładnie oświetlone miasta. W okresie kiedy noc najdłuższa i zmrok zapada bardzo szybko bez tego byłoby jakoś szaro, buro i ponuro, zwłaszcza teraz w tak paskudną pogodę. Przynajmniej te kolorowe lampki jakoś tak rozweselają i odpychają szarość, chociaż śnieg dodałby temu dużo uroku.
Ponieważ zbliżają się święta, to i przyszedł czas na wysyłanie kartek. No jak zwykle w firmie to na mojej głowie, począwszy od zaprojektowania po sam fakt wysłania (no po za drukiem oczywiście). W tym roku odszedłem trochę od barw firmowych, bo zazwyczaj kartki były w kolorystyce czerwono - białej i już się to trochę przejadło. Tak trochę odwrotnie niż barwy narodowe, ale tam chociaż białego i czerwonego po równo, a u nas czerwień dominuje. Tak więc zazwyczaj był to czerwony nadruk na białym papierze lub srebrny na czerwonym 
No to firmie jesteśmy po 4-dniowej inwentaryzacji. Jak zwykle trzeba niestety poświęcić nią też weekend. Zamiast w sobotę balować a w niedzielę leczyć KAC-a (kur... abrakadabra czachy) ;) , to ja zapieprzałem. Liczyć jak zwykle co było, a według moich podsumowań to nawet więcej niż w tamtym roku. Niby pozycji mniej, bo 2643 (w poprzednim roku 2750), ale za to jednostek (szt./m2/mb) duużo więcej – bo 795 tys. (w poprzednim roku 565 tys.) czyli ponad 40% więcej. A skład zespołu mniej liczebny bo 17-osobowy. Ja jak zwykle w komisji nadzorującej, bo ktoś musi patrzeć na ręce tym materialnie odpowiedzialnym
A i przed liczeniem dla rozruszania szarych komórek zapodałem większości krążącą ostatnio po sieci banalną zagadkę z liczeniem nóg.
Jeśli człowiek związany jest z kimś emocjonalnie i to bardzo silnie, to potrafi odczuwać dolegliwość tej drugiej osoby, w sposób nie mniejszy niż ona. Taki sam silny związek może dotyczyć też nie człowieka, a bliskiego zwierzaka – psa, kota czy innego gada, w zależność co kto lubi. Ja natomiast zauważyłem u siebie taką zależność między człowiekiem i maszyną
Tak, cierpię jak mój komputer cierpi i wzajemnie 
Dzisiaj znowu o moim bratanku Juleczku. Ma już 6 tygodni, już widzi co nieco i z ciekawością się rozgląda. A nerwusek z niego straszny. Jak tylko coś mu nie gra to krzyczy przeraźliwie i zaczyna wymachiwać rączkami i nóżkami. No i kąpiele chyba też lubi bo ma wtedy taką rozkoszną minkę. W każdym razie śliczniutki jest i wszyscy to potwierdzają, a czym dalej tym fajniejszy. A najbardziej to spodobał mi się ten ciuszek z napisem "Mój tata mnie kocha", no świetny po prostu 
A dzisiaj znów coś z historii. To było dokładnie 9 listopada o godzinie 12:00 ładnych parę lat temu, w każdym razie na pewno o jeden więcej niż rok temu. Przyszło na świat wtedy takie małe stworzonko, któremu nie wiadomo dlaczego dano takie dziwne imię. Jak już pisałem, dopiero 2 lata temu miałem okazję uścisnąć dłoń swojemu imiennikowi i jak do tej pory jedynemu. I do tego nie był to Polak, tylko Austriak.
Dokładnie dziś mija 715 rocznica powstania Królewskiego Miasta Nowego Sącza, na mocy przywileju przeniesienia miasta Sącz (obecnie Starego Sącza) do biskupiej wsi Kamienica, wydanego 8 listopada 1292 roku przez króla Wacława II. Miasto swą największą świetność przeżywało w czasach Kazimierza Wielkiego i później Jagiellonów. To tutaj w zbudowanym właśnie przez Kazimierza Wielkiego w latach 1350-60 Zamku Królewskim (niestety pod koniec II Wojny Światowej został zniszczony, pozostały tylko ruiny z Basztą Kowalską), król Władysław Jagieło i wielki książę litewski Witold układali plany wojny z Zakonem Krzyżackim. Tutaj popierali nauki od Jana Długosza synowie Kazimierza Jagiellończyka i może to tutaj właśnie powstała spora część jego Roczników. Można by tak jeszcze pisać o tej 715-letniej historii miasta, ale po co dublować coś co już istnieje. Wystarczy zajrzeć na oficjalną stronę miasta do działu "Historia", aby szczegółowo zapoznać się z jego historią, herbem (św. Małgorzata), flagą, zabytkami jak również i legendami czy podaniami. Polecam i zapraszam jako Sądeczanin 
Wczoraj przeglądając stare zdjęcia, bo musiałem jedno zeskanować i wysłać, pomyślałem sobie, że warto by stworzyć jakąś nową kategorię pod nazwą "wspomnienia". Przecież tyle ciekawych rzeczy działo się w epoce przedblogowej, a które warto by sobie przypomnieć i utrwalić tutaj. Zresztą przy okazji byłaby niezła zabawa ze starych fotek z przed 10 lat a może i więcej
Dzisiaj tak tylko przy okazji te dwie, które potrzebowałem. Jedna potrzebna była jako dowód, że nosiłem niegdyś „kozią bródkę” (no to gdzieś tak lata 1995-96) a druga ze sporą częścią ekipki na 36 Elefantowym Rajdzie PK (1998 rok). To tak na dobry początek bez rozpisywania, a konkretnie poszczególnymi tematami może zajmę się wkrótce, zahaczając nawet o czasy wczesnodziecinne. Ciekawie może być 
Dzisiaj znowu parę słów o moim najmłodszym bratanku i zarazem chrześniaku Julku, ale króciutko, bo ostatnio to inne teksty mam okazję pisać i gdzie indziej :) Julek ma już prawie 3 tygodnie i świetnie się rozwija. Trzeba przyznać, że straszny głodomorek z niego i non stop chciałby do piersi, no ale cóż mu się dziwić
Jak na razie to główne jego zajęcie to spanie, jedzenie i robienie kupek. Aaa, zapomniałem jeszcze o płaczu i krzyku jak coś chce albo jest mu źle. W dzień to już tak południem się przebudza, nie śpi i rozgląda się z ciekawością. Czasami w nocy daje szkoły, ale chyba nie aż tak poważnie. Ale ogólnie bardzo fajny jest i większych kłopotów z nim nie ma. No i strasznie podobny do swojego starszego brata Krystiana 
Nie wiem czy to się już gdzieś tutaj pojawiło, ale ja dopiero dzisiaj dostałem linka do bloga Dusiciela, z bardzo wyrazistym nagłówkiem. Dzieci, nie klikać, bo pornografia 
Mój najmłodszy bratanek, a i zarazem pewnie chrześniak Julek już w domu
Nieźle zarośnięty jest i chyba trzeba go już ostrzyć
Widać, że syn fryzjerki.
Poniżej kilka fotek Julka dzień po dniu.
Znowu zostałem wujkiem. Julek urodził się wczoraj o 18.40, waży 3,25 kg i ma się dobrze 
Wcześniejszy wpis przedstawiał walory widokowo-turystyczne weekendowego szkolenia w Murzasichlu. Teraz coś o części rozrywkowej, bo o właściwym temacie szkolenia dotyczącego nowego produktu firmy ATLAS, a mianowicie zaprawy do fugowania ARTIS raczej nie będę wspominał. Jak już wspominałem cała impreza odbyła się w Domu Wypoczynkowym "Giewont" w Murzasichlu – Budzowie. Obiekt nowy i dobrze utrzymany, zresztą wszystkiego można się dowiedzieć na ich stronie, a jeśli ktoś wybierałby się w te rejony na wypoczynek, a nie odpowiada mu zakopiański zgiełk, to szczerze polecam. Zresztą miejsce bardzo ciekawe widokowo, o czym było we wcześniejszym wpisie.
W ten weekend niestety nie wykonałem żadnej trasy na rowerze, ale za to miałem okazję być w Murzasichlu przy okazji imprezki dla kontrahentów naszej firmy. Całość odbyła się w Domu Wypoczynkowym "Giewont" (a o tym już przy okazji następnego wpisu), z którego widoki już były wyśmienite, a i pogoda dopisała, była po prostu cudowna. A w niedzielę był mały spacerek - bo tak to trzeba nazwać – ale przecież ludzi, którzy zazwyczaj po górach nie łażą, nie można wlec nie wiadomo gdzie, bo nie dojdą. Trzeba tak opracować trasę, żeby podejście było krótkie i widoczek z celu podróżny efektowny. Wybór padł na Rusinowa Polanę z niezłym widokiem na Tatry Bielskie i Wysokie.
Nie wiem skąd to się bierze, ale non stop muszę gdzieś głową uderzyć. Jak tak dalej pójdzie to w końcu się to odbije na mojej psychice i całkiem mi odbije. Dzisiaj znowu. Przy zamykaniu tylnych drzwi w aucie walnąłem się tak solidnie w czaszkę. Dobrze, że interwencja chirurga, czy wzywanie karetki nie było potrzebne. Chociaż rozcięcie i guz solidny jest, a krwią broczyłem jak Japońce od O-Ren Ishii na "Kill Bill" Quentina Tarantino po odcięciu członków wszelakich 
Chociaż i tak najlepsze to było w czasie słynnej imprezy po I sesji egzaminacyjnej. Wtedy w jakiś magiczny sposób moją głowę przyciągały ściany jak jakiś magnes. Ale to chyba efekt przedawkowania przepysznego ale w większych ilościach zwalającego z nóg drinku pod nazwą szarlotka. W każdym razie na drugi dzień dobrze nie wyglądałem. Jak ktoś oglądał "Człowieka Słonia" Davida Lyncha i pamięta wygląd Johna Merricka, to może mieć jakieś wyobrażenie 
Oj, biedna ta moja głowa jest.
Ha, jakaś mania nastała i każda osoba, zawód, grupa, społeczna itp. itd. muszą mieć w roku swój dzień. A na dzisiaj ustalony jest dzień blogera. Nawet przy tej okazji wymyślono zabawę pod nazwą BlogDay 2007, w której trzeba opisać 5 polecanych blogów. No to u ja wrzucę coś od siebie:
Jakoś nigdy nie planowałem się wciągać w prace nad artykułami na Wikipedii, a tu ona sama przyszła do mnie
W wtorek bodajże dostałem maila od autora artykułu o Orient Expressie, niejakiego Lucaok z prośbą o możliwość wykorzystanie moich zdjęć z przejazdu tegoż przez Polskę, a dokładnie postoju na stacji PKP w Nowym Sączu, a które zamieszczone są w jednym z moich wpisów. No co miałem nie udostepnić? No i wczoraj sobie zrerknąłem i już są. Na dole 4 ładne fotki w dziale Galeria. Fajnie, jestem z siebie dumny 
Po roku prowadzenia statystyk pora na co ciekawsze wyrażania poszukiwane przez ludzi, które skierowały ich do mnie. Czasami to aż dziw bierze czego to ludzie szukają 
Dzisiaj na kilka minut zatrzymał się na stacji PKP w Nowym Sączu, słynny Orient Express. Tak, tak to ten sam pociąg z odrestaurowanymi wagonami, który w 1883 był pierwszym pociągiem transeuropejskim, poruszającym się na trasie Paryż - Konstantynopol. A dlaczego zawitał także do nas? Teraz pociąg ten jest składem typowo turystycznym, tym razem na trasie Wenecja – Wiedeń – Bańska Bystrzyca – Kraków – Warszawa – Malbork – Praga. Dlatego też przy okazji przejazdu z Bańskiej Bystrzycy do Krakowa zawitał do nas
Pociąg zatrzymuje się na kilka dni w głównych przystankach swojej trasy, a podróżni w zwiedzają miasto i jego okolice. No wycieczka taka wcale nie jest tania, bo kosztuje 6 tys. euro, no ale wiadomo za co się płaci: legenda, ekskluzywne wagony w tym 3 restauracyjne z wspaniałą kuchnia i cudowną porcelanową zastawą oraz jeden piano-bar z muzyką na żywo. Pełny exclusive po prostu. Jedyny minus, ale nie wiem czy to też tak wygląda na innych odcinkach trasy, to brak oryginalnej lub jakiejś innej zabytkowej lokomotywy. Elektrowóz troszeczkę zespół ogólne wrażenie.
Więcej informacji na oficjalnej stronie
Ale się wczoraj obżarłem krówkami. Mimo tego, że to były kruche, a nie te uwielbiane przeze mnie ciągnące mordoklejki, to i tak wsunąłem ich sporo. Nawet na obiad dużo później poszedłem i nie jadłem standardowego zestawu. Ha, mnie to się marzy, żeby krówki były super ciągnące i znacznie większe. Takie żeby ledwo w buzie się mieściły. Coś jak te, którymi w jednym z moich ulubionych filmów, czyli "Kingsajzie" Olgierda Jedlinę "Ola" częstuje redaktor naczelna pisma "Pasikonik" Zenon Bombalina. Trzeba będzie chyba znaleźć gdzieś te ciągnące i skleić kilka razem. A niech się przytkam na amen 
Zastanowił mnie jakiś czas temu sens istnienia opinii o sklepach internetowych w serwisach ceno.pl i opineo.pl. Co do ich funkcji porównania cen to nie mam zastrzeżeń, bo właśnie pozwoliły mi zakupić ten sam towar po niższej cenie, ale istnienie opinii to zwykły pic na wodę.Podejrzenie może wzbudzać już fakt, iż przeglądając opinie napotykamy tylko pozytywne. No, czasami tylko ktoś tam wytyka jakąś drobniutką wpadkę, ale oczywiście opinia jest jak najbardziej pozytywna i nic tylko kupować. Mnie wydało się to coś podejrzane. No i miałem racje.
Przy okazji sobotniego meczu i ulewy w jego przerwie, była okazja podziwiać wspaniałe zjawisko. Po deszczu pojawiły się wspaniałą tęcza a zaraz po niej tęcza wtórna i obydwie były domknięte. Niestety zajmowały one taki fragment nieba, że nie dało się ich ująć w całości na fotce. Szkoda, bo widok był naprawdę przepiękny. Pomyślałem, że może to niebiosa uśmiechnęły się do mnie. Niestety, drugi dzień pokazał coś przeciwnego.
W sobotę miałem okazję być i nawet grać w corocznym meczyku naszej firmy z dwiema zaprzyjaźnionymi firmami. Ja jako człowiek, które z piłką nożną jako zawodnik i kibic jest raczej na opak, postawiony zostałem na obronie. No ale broniłem dostępu do bramki jak lew i czasami nawet z poświeceniem, zaliczając bliski kontakt 3 stopnia z glebą. Ale i tak wciry totalne dostaliśmy - 5:9
Po meczyku oczywiście była część artystyczna, ale ja już się upłynniłem, bo nazajutrz miałem niezwykle ważny wyjazdowy dzień i nie mogłem pozwolić sobie na kaca. A impreza podobno fajna była, bo niektórzy dopiero rano wrócili do domu 
Wczoraj niestety nie byłem na rowerku, ale za to poszalałem nieźle w wodzie. A to w związku z firmową wycieczką dla pracowników i dzieciaków do Tatralandii na Słowacji, dobrze już znanego też w Polsce ośrodka wszelakich rozrywek wodnych. Z Nowego Sącza jest tam kawałeczek, bo około 200 km i te 4h w autobusie trzeba było jakoś przeboleć. No ale warto to ścierpieć żeby potem kilka godzin poszaleć korzystając z przeróżnych form rozrywek na wodzie, od tych najprostszych jak zwykły basen, po te dla najbardziej odważnych jak strome i szybkie zjeżdżalnie. Atrakcji jest sporo i nie sposób wszystkich wymienić, wliczając też wspaniały widok na Tatry. Zainteresowanych nimi odsyłam na stronę Tatralandii i do galerii poniżej.
Totalnie zapomniałem, a przedwczoraj, czyli 27 maja minęło 2 lata od mojej rejestracji na Joggerze, a wczoraj 2 lata od pierwszego wpisu. No szybko ten czas leci. Chociaż tak naprawdę, to mój jog rozwiną się dopiero w lipcu zeszłego roku, a wcześniej wpisy były sporadyczne. Ale fakty są faktami i 2 latka stuknęło 
Wczoraj znowu można było zobaczyć w Nowym Sączu w akcji pociąg retro. Siedziałem sobie w domciu spokojnie i usłyszałem gwizdy lokomotywy. Ponieważ do mostu na Dunajcu mam kawałeczek i miałem akurat do dyspozycji kamerkę, to ekspresowo zjawiłem się na moście, aby uwiecznić przejazd pociągu. Na szczęście zdążyłem po pociąg zatrzymał się jeszcze na przystanku Nowy Sącz – Miasto i udało mi się złapać moment jak pojawia się zza łuku i wjeżdża na most jak i sam przejazd przez most. No atrakcja pierwszej kategorii. W składzie pociągu lokomotywa parowa Ty2-953 (1944 r.), 2 wagony Bh50512922 129-5 (1963 r.) tzw. "ryflaki", wagon Bhux05701 (1939 r.) i wagon pocztowy Gmhx040314 (1930 r.). Więcej szczegółów nie podaję, bo można sobie poczytać na stronie Skansenu taboru kolejowego w Chabówce koło Rabki.
No to wreszcie dzisiaj zaliczyłem skok na bungee. Udało się przy okazji juwenaliów w WSB-NLU w Nowym Sączu, gdzie co roku jest m.in. taka atrakcja. No wiadomo, że to tylko z dźwigu i wysokości 35 m (tak gdzieś 11-12 piętro w bloku), ale na początek wystarczy. Jak będzie kiedyś możliwość, to trzeba spróbować z większej wysokości.
Ale pierwszy raz nie obyło się bez stresu. Wszystko OK do momentu, kiedy nie wyjeżdża się na górę i widzi odpływającą ziemię. A już całkiem człowiek zastanawia się co robi w momencie jak ma skoczyć i czy przypadkiem rozumu mu nie odebrało. Patrzy w dół a tam wszystko takie mniejsze i myśli, o kurcze co ja robię. Jakoś nie dociera do niego że zabezpieczony jest liną, bo w pierwszej fazie przecież w ogóle tego nie odczuwa i najnormalniej w świecie spada. Ale nie można się długo zastanawiać tylko jazda w dół. Czym więcej czasu na zastanowienie tym gorzej. A samo spadanie to już normalnie czad. No i jeszcze potem to bujanie, no po prostu super. Oj, trzeba będzie kiedyś z powtórzyć, może ze skokiem do tyłu. Aa, razem ze mną skakał Firefox i Thunderbird. Na koszulce oczywiście 
Niezapominajki są to kwiatki z bajki.
Rosną nad potoczkiem,
patrzą modrym oczkiem.
Gdy przejeżdżasz łódką, śmieją się cichutko
i szepczą Ci skromnie:
- Nie zapomnij o mnie!
Dzisiaj 15 maja – Dzień Polskiej Niezapominajki, taka nasza odpowiedź na kosmopolityczne walentynki. Urocza niezapominajka kojarzy się z życzliwością, dobrem i ciepłem. No to dla wszystkich błękitny uśmiech ode mnie 
W piątek miałem okazję być na spotkaniu dystrybutorów firmy Isover, które firma co roku organizuje.
Tym razem zawitaliśmy do Szczyrku, do Hotelu Skaliste. Tam oczywiście szkolenie produktowe, które trzeba jakoś przeżyć. No a po obiadku był czas na atrakcje. Spotkania te zawsze są urozmaicone ciekawymi zabawami a świeżym powietrzu. Dwa lata temu była Olimpiada Isover w Muszynie, rok temu Mundial Isover w Wysowej, a tym razem Isover Eko Grand Prix. Organizatorzy znowu przygotowali się nieźle i kongruencje do rozegrania były czadowe i zabawa przy nich była przednia 